Księdza Krzysztofa droga do powołania

Z cierpienia, którego sam nie umiałem nazwać i któremu nikt na tamten czas nie umiał zaradzić, zaczęła się relacja. Nie przestałem być typowym nastolatkiem, który ma tyleż wzlotów co upadków, a czasem ich proporcja zdawała się zmieniać niekorzystnie. Starałem się natomiast to wszystko jakoś spinać w tej nowo odkrytej, zdawać się mogło, iż nieco jednostronnej relacji. Widać tak to już jest, w relacji z Bogiem, że nic nie jest oczywiste, a liczba pytań rośnie odwrotnie proporcjonalnie do oczekiwanych odpowiedzi.

 

Kościół i niezliczone godziny spędzone na modlitwie i liturgii był swojego rodzaju jedynym schronieniem. Miejscem, gdzie byłem tylko z Nim i potrafiłem zapomnieć o tej przerażającej samotności i lęku. Miejscem, w którym zapewniał mnie, że mnie kocha, takim jakim jestem. Niekoniecznie przez usta duchownych, ale pokój w sercu jaki tam od Niego otrzymywałem, pozwalał widzieć więcej i mieć nadzieję.

 

Nie była jednak ta relacja szczepionką na wszystkie typowe upadki, jakie w swoim nastoletnim życiu spora część z nas przeżywa.
Ostracyzm i niejednokrotnie aktywne prześladowanie rzucały mnie na tory zwątpienia, jakiejś niedojrzałej i zbyt emocjonalnej rozpaczy. To z kolei prowadziło do szukania chwilowej chociaż odskoczni. Jakichś fizycznych przyjemności, seksu nie z miłości, ale z rozpaczliwej potrzeby bliskości. Bliskości złudnej, chwilowej, a w konsekwencji prowadzącej do jeszcze większego cierpienia i pustki. Wszystko to gdy miałem zaledwie kilkanaście lat.
Dziś, gdybym cofnął czas a mógł zachować dotychczasowe doświadczenie, ileż z tego chciałbym uniknąć. Czasu cofnąć się nie da, pozostaje sobie wybaczyć. Nie zrzucając wszystko na barki bycia „młodym i głupim”, ale chcąc się na swoich, nawet jeśli wtedy nieświadomych i niecelowych błędach, jednak nauczyć. Modlę się też, by Pan obdarzał tylko dobrem, tych, których mogłem wtedy swoją niedojrzałością gorszyć. Powiesz, czekaj, przecież to Ciebie bili, wyśmiewali, szykanowali i wykluczali – miałeś każde prawo być zagubiony i popełniać błędy. Pewnie masz rację, ale to nie zwalnia mnie, w moim sumieniu, z modlitwy za tych, których sam mogłem swoją reakcją na mój ból skrzywdzić. Tak to czuję.

 

Czuję także ogromną wdzięczność, za wszelkie dobro jakie otrzymałem. Byłoby nieuczciwością twierdzić, że wśród różnie objawiającej się niechęci nie wylewało się też morze dobra. Życie parafialne, wspólnoty przykościelne, także niektórzy wspaniali księża i siostry zakonne. Liturgia, pielgrzymki, później doświadczenie życia zakonnego, formacja, studia teologiczne. To wszystko było potrzebnym fundamentem i za ten fundament zawsze będę czuł wdzięczność.

 

Przyszedł jednak czas, gdy nie sposób było dłużej nie zauważać, że z uwagi na różnice między nauczaniem i praktyką Kościoła Rzymskokatolickiego, także w kwestii orientacji seksualnej, a moim osobistym doświadczeniem Jezusa, Jego miłości i powołaniem jakie wydawał się zaszczepić w moim sercu, czekała mnie droga. Droga, która przez wiele lat wydawała mi się, a niektórym do dziś się tak właśnie jawi, wielkim zagubieniem.

 

Dziś patrzę na nią jak na „drugie seminarium”. Takie, które wyposaża w to wszystko, czego nasza seminaryjna formacja, choćby i najlepsza, wyposażyć nie jest w stanie. A ścieżki jej były kręte, zaczynając u Luteran, których filiał parafii był najbliżej. To był jednak dopiero pierwszy przystanek. Potem nastąpił kolejny, dłuższy w jednym z wolnych Kościołów chrześcijańskich, dziś już wygasłym, w którym przez jakiś czas pełniłem nawet urząd.
Z czasem czułem jednak, że to nie jest to miejsce, do którego prowadził mnie Bóg. Był też krótki, acz znaczący przystanek, przy Kościele Ewangelicko-Reformowanym, za który jestem bardzo wdzięczny. Do dziś dnia korzystam z tego pozytywnego doświadczenia i wpływu jaki miał na moje chrześcijaństwo.

 

Ale nie było cukierkowo. Gdy przyszedł poważny kryzys, to skończył się czymś na kształt ateizmu. Na szczęście dość powierzchownego. Działającym jak sito, na którym zostały uzbierane przez lata własne i innych wyobrażenia o tym, kim jest Bóg.

Przyszła wreszcie i tęsknota. Tęsknota za Bogiem, na którą On sam odpowiedział. Będąc w Anglii, trafiając na United Ecumenical Catholic Church, jeden z Kościołów starokatolickich poczułem, że „wracam do domu”. Wróciłem dzięki tej katolickiej jurysdykcji do Kościoła. W niej ukończyłem formację, przyjąłem święcenia prezbiteratu, wreszcie wstąpiłem do Zgromadzenia Braci Miłosiernej Miłości.

 

Cała ta skomplikowana droga, kiedyś wyglądająca jak totalny chaos, teraz układa się w doskonały plan Boży. Różnorodne doświadczenia: od polskiego mainstreamu, przez protestantyzm po konflikt z Bogiem, przywiodły nie tylko z powrotem na łono Kościoła, ale także były niezbędne by móc posługiwać jako ksiądz tym wszystkim, których naszej posłudze powierza dobry Bóg. Pewnych rzeczy nie przeczytał bym w książkach ani nie nauczył się z praktyki pastoralnej w wielotysięcznej parafii - i tych, tak różnych doświadczeń nie oszczędził mi Pan, ale miał ku temu dobry powód.

 

Miłosierdzie wyprzedza sprawiedliwość. Nie wyobrażam sobie, żeby moje powołanie nie zawierało się w Bożym miłosierdziu. On wiedząc jaki byłem, jaki jestem i jaki będę mnie powołał – powierzył coś, czego ja sam sobie wiedząc to co On, nigdy bym nie powierzył. A jednak.

 

Kiedyś myślałem, że to ja sobie wybrałem Ekumeniczny Kościół Katolicki w Wielkiej Brytanii i drogę powołania. Teraz wiem, że to On mnie wybrał do tej konkretnej posługi w tej części swojego Kościoła. I za to Jemu chwała.

 

Czy teraz jest już idealnie, czy nie ma już kryzysów? Są i to ogromne. Ale nauczony wcześniejszym doświadczeniem z młodości, nawet gdy bardzo pobłądzę, to tym bardziej chcę się z tego otrząsnąć i powstać. Ostatnie lata były takie właśnie kryzysowe z uwagi na wiele wyzwań jakie postawiło przede mną życie. Wróciły także stare mechanizmy działania. Nie jest wstydem upaść, wstydem byłoby jednak dla mnie nie chcieć powstać. Szczęśliwie od ostatniej wiosny czuję, że Jezus się moim grzechem nie męczy i im bardziej zawierzam się Jego miłosierdziu, tym mniej w moim życiu upadków i błądzenia. Z kolei każdy raz gdy udaje mi się wypełnić Jego zadania, tym większe czuję umocnienie by wypełniać ich więcej i lepiej. Pamiętając o swojej jako księdza służebnej roli wobec Jego rodziny.

 

Czasem nadal słyszę, że poszedłem na łatwiznę, na skróty, że się poddałem. Trzeba nie wiedzieć, jak ciężka i wyboista była ta droga i jak trudna jest obecna posługa księdza by móc tak powiedzieć.

 

Modlę się za każdego kogo spotkałem, dawno, teraz czy jeszcze dane będzie mi spotkać. Modlę się, żebym nie był letni i żebym dał radę wypełnić podstawowe zadanie jakie ma nasz Kościół – przybliżać Boga ludziom a ludzi Bogu. Was też, którzy to czytacie o tę modlitwę proszę.

 

Kończąc zostawiam tu jeszcze wiersz ks. Twardowskiego, w którym odnajduję siebie i mam nadzieję, który odnajdzie też moją przyszłość.

 

Zaufałem drodze

 

wąskiej

 

takiej na łeb na szyję

 

z dziurami po kolana

 

takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki

 

i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka

 

- Nareszcie - powiedziała

 

- Martwiłam się już

 

że poszedłeś inaczej

 

prościej

 

po asfalcie

 

autostradą do nieba - z nagrodą od ministra

 

i że cię diabli wzięli

 

 

Ks. Krzysztof CFMD, styczeń 2020

© 2023 by Nature Org. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now